Profil
mojego bloga miał być typowo fotograficzny. Piszę miał być bo odkąd w
mojej rodzinie pojawił się nowy osobnik płci żeńskiej, będę o niej
wspominać dużo i namiętnie.
(Ja i moja Piti)
We wcześniejszym wpisie mogliście poznać moją i jej krótką historię.
Myślę, że teraz czas na większe wynurzenia.
Jak
wspomniałam wcześniej (tutaj) nigdy nie przepadałam
za kotami. Chociaż nie przepadać to w moim przypadku zbyt lekkie
określenie. Ja ich nie cierpiałam, nie lubiłam jak właziły mi na kolana,
łasiły się do stóp, miałczały zaciekle aby poświęcić im chwile uwagi.
BLE!!
Kot,
zwierzę, żywa istota więc tolerowałam, nie krzywdziłam broń Boże.
Omijałam szerokim łukiem, a wszelkie wizyty u babci spędzałam na
oganianiu się od niesfornego Brutusa, rudego potwora, który jak tylko
usłyszał mój głos to leciał na zabicie. Ja leciałam również, ale w
przeciwnym kierunku.
Oj
co to były za czasy. Brutus na łóżko, a ja fru i już w łazience, ja
wcinam śniadanie a ten "żebrak" miałczy aż bębenki w uszach pękają,
Brutus biegiem na drzewo a ja o mało się nie połamałam żeby jak
najszybciej zleźć.
No
i coś czego nie lubiłam, nie przepraszam, nienawidziłam najbardziej,
otwieram oczy po całonocnych "historiach strachu" a tu gęba Brutusa
wyszczerzona w wielgachnym uśmiechu dwa milimetry od mojej pięknej
dziecięcej buźki.
Przez wiele lat myślałam, że jak śpię to Brutus
szykuje niecny plan, jakby mnie tu uśmiercić i nie narobić bałaganu.
Przez
wiele długich lat żyłam mitami na temat tych stworzeń, że są
samotnikami, ludzi traktują jak restauracje z hotelem, roznoszą mnóstwo
chorób, tylko czekają żeby Cię zjeść, pokazują ci 4 litery bo właśnie
tam jest Twoje miejsce w ich "słowniku" oraz wiele, wiele innych.
No i
oczywiście, że kot jak nic innego uwielbia mleko :) a ogon jest mu
potrzeby żeby Cię myrdał po twarzy i doprowadzał do szewskiej pasji.
(obce bestie przyłapane)
Moja
"miłość" do tych boskich stworzeń nie uległa zmianie nawet wtedy kiedy
trafiłam pod dach ogromnej ich miłośniczki. Posiadaczki sześciu (wolno
biegających) trzymających się domku i około piętnastu (dochodzących do
miski) przybłęd.
W zimie tego, to było masakrycznie dużo. Nadmienię że
dla mnie jeden kot to było dużo a co dopiero piętnaście.
Tak mijały kolejne już dorosłe lata mojego życia i ciągle zapierałam się rękami i nogami aby przypadkiem ich nie polubić.
Najgorsze
były maluszki, ciągle plątały się pod nogami. To chyba jakiś sport
narodowy kotów żyjących wśród ludzi - plątać się pod nogami i nie zostać
niechcący kopniętymi.
Nie zawsze się to maluszkom udawało ze mną.
Czasami potrafiły pojawić się znikąd i jedyne co słyszałam to ciche
"miał". No cóż mogłam innego zrobić po niechcącym niezauważeniu i
kopnięciu kociaka? Na rączki, mizianie i głośne przepraszam.
Ale i tak kotów nie lubiłam! ;)
Ale jak to mówią w moich stronach "przyszła kryska na Matyska" :)
Ale o tym szerzej w kolejnym poście.